Drukuj
Kategoria: 27WDP AK
Odsłony: 513

Po kilku dniach odpoczynku w nowym miejscu postoju pierwsza kompania 2 Batalionu „Jastrzębia”, pod jego dowództwem, zrobiła skok na oddział Wermachtu w miejscowości Maszów. Miejscowość ta położona koło Lubomla, całkowicie opanowana przez Niemców, jako bezpośrednie zaplecze bronionego Kowla, była bezpiecznym schronieniem dla wojsk przyfrontowych Wermachtu. Tym większym dla nich zaskoczeniem było nasze wtargniecie rankiem do kwater, gdzie czuli się względnie pewni. Rezultat był przesądzony na naszą korzyść. Po stosunkowo krótkiej wymianie ognia z pewną ilością zdobytej broni, amunicji oraz kuchnią polową wróciliśmy bez strat własnych do miejsca postoju Stawki. Moim osobistym trofeum z rajdu na Maszów był zdobyty pistolet typu browning, kaliber 9 milimetrów, 14-strzałowy. Cieszyłem się z tej zdobyczy przy kurczącym się zapasie amunicji do mojego rkm, oszczędzałem ją na sytuacje wyjątkowe. Rozpoczął się nowy etap walk, walk z regularną armią niemiecką, dobrze uzbrojoną w broń polową, pancerną i lotnictwo. Jeżeli my nad Niemcami mieliśmy jakąkolwiek przewagę, to chyba tylko wolę walki o wolny kraj, co nie zawsze wystarcza, żeby zwyciężać. Dlatego rozpoczęty etap walki z Niemcami potoczy się różnie i ze zmiennym szczęściem. W przeżytych i zapamiętanych wspomnieniach z oddziału I Kompanii 2 Batalionu „Jastrzębia” zbliżam się, do coraz częstszych zwarć i niemal codziennych walk z Wermachtem. Niemieckie dowództwo odcinka Kowel- Włodzimierz poczuło się zagrożone na bezpośrednim zapleczu. Postanowiło zlikwidować to zagrożenie rzucając przeciw naszym ugrupowaniom 27 Dywizji swoją doborową dywizję „Wiking” z pomocniczymi oddziałami wszystkich rodzajów broni, łącznie z lotnictwem.

. Po kilku dniach od naszej udanej akcji na Maszów Wermacht zaczął przejawiać zainteresowanie naszymi jednostkami, które były rozlokowane we wspomnianym międzyrzeczu Turii i Bugu, wschód-zachód, Luboml- Włodzimierz Wołyński, północ południe. Każdego dnia już od rana pojawiał się samolot zwiadowczy, tzw. Rama, i po zakreśleniu dymnego koła na niebie odlatywał. Ponieważ był to okres przed świętami Wielkanocny, dowcipkowaliśmy, że Niemcy przesyłają nam wielkanocne jajko. Wiedzieliśmy, ze za moment wybuchną albo pociski artyleryjskie, a za nimi pójdą czołgi i piechota, albo zbombarduje nas lotnictwo.I tak już dzień po dniu Niemcy nas ostrzeliwali, bombardowali, atakując jednocześnie czołgami i piechotą. Z dnia na dzień wdzierali się w tereny zajęte przez nas. Staraliśmy się przeciwdziałać; często skutecznie, z zaskoczenia odbijaliśmy utracone pozycje. Jednak brak broni ciężkiej, lotnictwa, brak zaplecza i zaopatrzenia stopniowo przechylały szalę na naszą niekorzyść. Żelazny pierścień zaciskał się wokół całego ugrupowania 27 Dywizji Wołyńskiej AK. Była to pierwsza połowa kwietnia 1944 roku. Kolejny dzień ciężkich walk. Z trudem pokonywaliśmy rozmokłe grząskie pola, żeby zająć pozycje wzdłuż drogi prowadzącej z Czmykosu przez Staweczki do Oleska. Z prawej strony, 1 kompania batalionu „Jastrzębia”, od wsi Staweczki pozycję zajął batalion „Sokoła”, z lewej od Czykosu  batalion „Gzymsa”, był też z nami z lewej naszej strony oddział żołnierzy radzieckich z rusznicą przeciwpancerną, ckm oraz działkiem przeciwpancernym. Trzymając Niemców w bezpiecznej odległości czekaliśmy na podciągnięcie bocznych skrzydeł i sygnał do natarcia. Nagle, na trakcie Czmykos – Staweczki – Olesk pojawiła się kolumna samochodów pancernych nieprzyjaciela. Z Felkiem „Bąkiem” na rozmokłym polu pod własnym ciężarem zapadaliśmy się w maziowatą, mokrą ziemię. Pod rkm podłożyliśmy jakiś kawał drzewa. Obserwowaliśmy też, jak porucznik „Jastrząb” podbiegł do żołnierza radzieckiego z rusznicą przeciwpancerną, zajął jego miejsce i oddał strzał, potem drugi, trzeci. Równocześnie posypały się i moje serie z rkm. Rozpętał się ogień wzdłuż całej linii z broni ręcznej i maszynowej. Kolumna samochodów zatrzymała się nagle. Widać było zamieszanie i słychać nerwowe nawoływania. Żołnierze Wermachtu wyskakują z samochodów i zza osłony drogi starają się ostudzić nasze działania, ostrzeliwując nas z broni maszynowej gęstym ogniem. W pewnym momencie na tyłach naszego batalionu pojawił się duży oddział nieprzyjacielski ( Węgrzy lub Rumunii ) i ostrzelał nas silnym ogniem karabinowym. Znaleźliśmy się w niewesołej sytuacji, odcięci od zaplecza. Do tego jakby na sygnał na nasze tyły od Oleska, Staweczek i kolumny samochodów, posypały się serie z broni maszynowej, moździerzy i działek szybkostrzelnych, których pociski świetlne torem płaskim ponad ziemią przeszywały horyzont jak błyskawice. Rozpętało się piekło. Porucznik „Jastrząb” natychmiast skierował oddział na zagrożone tyły, co wymagało sforsowania rzeki Neretwy, pełnej wody w czasie wiosennych roztopów. Z prowizorycznej kładki i mostu niewielu mogło skorzystać – pod silnym ostrzałem z broni maszynowej. Toteż większość forsowała Neretwę wielkanocnym śmigusem-dyngusem. Z Felkiem „Bąkiem” krótkimi seriami rkm-u opóźnialiśmy natarcie żołnierzy Wermachtu, którzy zalegli wzdłuż drogi przy samochodach. Jako jedni z ostatnich chyłkiem przebiegliśmy po kładce asekurowani z kolei prze kolegów ostrzałem zza Neretwy. Tuż za rzeką pas rozmokłego, grząskiego pola. Widzę, jak kolega Stasio Kossak „Surma” strzela w pozycji klęczącej, w swoim czerwonym kożuszku, widzę też jak smugowy pocisk z działek szybkostrzelnych trafia Stasia w pierś. Ginie na miejscu. Na rozmokłej ziemi nie można pośpieszyć; ostrzeliwuje się z kolana i ostatkiem sił wycofuje się, a klejąca się gleba trzyma za nogi, jakby żywcem chciała człowieka wchłonąć. Za chwilę zobaczyłem ciężko rannego mojego kolegę z Bud Ossowskich Janka Zielińskiego „Muchę”. Wynoszą go koledzy z pola ostrzału. Na moje : Janek co z Tobą?.. On mnie pyta :Heniu czy ja będę żył? Pocieszam Janka jak potrafię i padamy z Felkiem ze zmęczenia, na zbawczej łące porośniętej chaszczami. Ośmiokilogramowy rkm z magazynkiem przerósł moje siły, serce biło jak młot, pot zalewał oczy. Felek „Bąk” dysząc jak miech pokazuje, że do rkm pozostały jeszcze dwa magazynki ( obaj jeszcze nie mogliśmy mówić). Robię beznadziejny ruch ramionami, a w tym momencie kula dosięgnęła mojego kolegę i przyjaciela z Turii jarka Oświęcimskiego „Lubicza”. Na szczęście nie był to postrzał tragiczny, ale Jurek na jakiś czas wylądował w szpitalu. Tego dnia batalion „Jastrzębia” poniósł dotkliwe straty. Wielu było rannych i zabitych, wielu fizycznie wyczerpanych. Nasze rozpoznanie doniosło, że przeciwko nam Niemcy użyli w boju oddziałów świeżo przybyłej Brygady Górskiej i dodatkowej dywizji Wermachtu. Logicznie rozważając dowództwo 27 Dywizji zrozumiało, że Niemcom spieszy się z oczyszczeniem zaplecza frontowego i że zaciskając wokół nas stalowy pierścień okrążenia, z żelazną konsekwencją prawa wojny zechcą wyeliminować nas z tej gry. Wieczorem walka ucichła. Z pola podjęto Stasia „Surmę” z naszej kompanii, rannych odwieziono do szpitala polowego (był tylko taki), oddziały doprowadziły się do względnego porządku i wyglądu (na ile to było możliwe w owym czasie). Na noc i odpoczynek oddział wrócił do Władynopola. Kto nie miał służby, mógł pospać do zmiany. Następny dzień zapowiadał się jeszcze bardziej gorący, sądząc z ruchu wojsk niemieckich. Po względnie przespanej nocy, porannym apelu i kawie batalion nasz poszedł okopywać się na przedpolach Władynopola – jednej z ostatnich miejscowości, gdzie o tej porze roku mogliśmy pod dachem przespać noc. Na kwaterach pozostali śpiący koledzy po nocnej służbie wartowniczej. Stanowiska obronne kopaliśmy na przedpolach Władynopola od strony Pustynki, gdzie byli już Niemcy. Była to połowa kwietnia 1944 roku,któryś dzień Wielkiego Tygodnia przed Wielkanocą. Wszechobecna „Rama” (samolot zwiadowczy) zapisała na niebie jajo; wiedzieliśmy już, co będzie za parę minut – zmasowany ogień artyleryjski, a za nim czołgi i piechota niemiecka. Zdążyłem jeszcze dobiec do kwater, gdzie spali koledzy po nocnej służbie, poderwać ich do wycofania się z batalionem. Był tam też mój brat „Ketling”. Przeciw artylerii, lotnictwu i czołgom byliśmy bezsilni, a obiecywana broń przeciwpancerna, „Piat” zrzutowy – ciągle nie spadał…Od tego dnia domem i dachem nad głową na wiele dni i tygodni pozostanie szumiący las, a okryciem – leśny mech. Od tego dnia koło wydarzeń i zmagań bojowych nabrało przyśpieszenia i poczęło obracać się ze zmiennym szczęściem. Brak zaopatrzenia i broni przeciwpancernej zepchnęły nas do lasów. Chociaż do lasu byliśmy przyzwyczajeni. Od wielu miesięcy w najgorszych zagrożeniach las chronił nas i czuliśmy się w lesie bezpiecznie. Nie mogło jednak w lasach tkwić tak duże ugrupowanie, jakim była 27 Dywizja Wołyńska AK oraz dwa pułki gwardyjskie armii sowieckiej – bez dostaw z zewnątrz, srodków obrony, wyżywienia, zaopatrzenia szpitali itd. Oddziały nasze okopały się wzdłuż linii lasów. Niemcy z kolei nękali nas ogniem artylerii. Wścibska „Rama” wypatrzyła i doniosła o każdym naszym ruchu, zwłaszcza, że nie było jeszcze liści na drzewach. Wiedzieliśmy, że dowództwo gorączkowo opracowuje plan wyjścia Dywizji z zaciskającej się pętli. Z obiecanych przez aliantów zrzutów dwa doszły do skutku, co było kroplą w morzu potrzeb, a i tak zbyt spóźnione, żeby mogły być dobrze wykorzystane. Po wielu dniach zaciętych walk i uporczywej obrony naszych jeszcze lasów, Niemcy zmasowanym ostrzałem artyleryjskim i atakami bezpośrednimi czołgów, tratując zagajnik, wjechali prosto w okopy batalionu „Trzaska”. Za czołgami wdarła się piechota niemiecka, próbując w ten sposób rozerwać naszą obronę. Wyparła batalion „Trzaska” zajmując okopy. Do kontrnatarcia dowództwo skierowało 2 batalion „Jastrzębia”, który na moment zaległ pod ścianą ognia zaporowego artylerii i broni maszynowej nieprzyjacielskiej piechoty. Kontrnatarcie batalionu poprowadził porucznik „Jastrząb”. Pierwszy raz usłyszałem, jak padła komenda: bagnet na broń! Podano ją po linii. Batalion poderwał się z okrzykiem: hurra-aa! A echo leśne zwielokrotniło ten okrzyk nadziei w nierównej walce, zmieszany z jazgotem i wybuchami różnego rodzaju broni. Niemcy nie wytrzymali nerwowo brawury naszego żołnierza. Minęło ponad pół wieku, a ja pisząc te wspomnienia widzę każdy szczegół oczami wyobraźni. Niemcy przed nami po prostu uciekali, razem z czołgami. To było wspaniałe (choć drogo okupione i nie na długo). Pędziliśmy za nimi nie czując zmęczenia, piersi pracowały jak miechy. W biegu odstrzeliwałem za uciekającymi Niemcami serię z rkm z odległości 30-40 metrów. Widziałem jednego, jak z płaszcza miedzy nogami posypały się strzępy. Obejrzał się. Jeszcze widzę tę wylękłą twarz w okularach, pobiegł dalej. Ja więcej do niego nie strzelałem, Bóg z nim, miał szczęście. Zginęło wielu Niemców i Węgrów w tej akcji. W naszym batalionie byli zabici i wielu rannych. Był to najczarniejszy dzień z przebytych walk naszego batalionu. Na wielkie uznanie i wdzięczność zasłużyły w tej akcji sanitariuszki naszego batalionu; młode dziewczęta, w jednej linii z nami szły do natarcia, z poświęceniem w ogniu walki podnosiły rannych, udzielały niezbędnej pomocy. Były to Janka Drzymałówna „Baśka” z Kowla, Zosia Brzezińska „Wilga”, Marysia Frejówna „Klara”, Weronika Sulęcka „Sroka”. Długo wśród kolegów komentowaliśmy odwagę dziewczyn i poświęcenie w niesieniu pomocy rannym, czym zaskarbiły sobie naszą wdzięczność i szacunek. Pamiętam i widzę te ładne, młode, o zgrabnych sylwetkach dziewczęta. Zawsze uśmiechnięte, uczynne i życzliwe. Na równi z nami narażone na wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwa i trudy niewygód, są pięknym przykładem walki o wolność dla potomnych. Fragment wspomnień H. Katy "Wojenne wichry" wyszukał i wstawił: B. Szarwiło